Zapowiadało się, że frekwencyjnie nie będzie rewelacji. A jednak nazwy zrobiły swoje i w dzień Święta Niepodległości porządnego pierdolnięcia nie zabrakło. Cztery różnorodne załogi (no dobra, trzy, Rogi to solowy projekt) zrobiły tego dnia wszystko byśmy się nie nudzili i machali baniami. Wyszedłem z koncertu lżejszy o nie tak znowu drastyczną ilość kasy i bogatszy o znakomite albumy grajków z naszego podwórka. A co zaobserwowałem to przelałem na dzisiejszy wpis. Zapraszam do czytania.
Już od wejścia pozytywne wrażenie zrobił na mnie merch. Lubię sobie popatrzeć na wzory koszulek i płyt, porównywać ich ceny ze sklepowymi nawet jeśli nie mam hajsu na ich zakupienie. Tego wieczoru można było zgarnąć płyty wszystkich występujących kapel i grup związanych z grupą Let The World Burn co wcale nie jest takie oczywiste, nieraz bywałem na gigach, podczas których albo nie było sklepików, albo miały ubogi asortyment. A szkoda, bo fani żyją wszystkim co z kapelami związane, a kupowanie w internetach zwykle związane jest w dużo wyższymi kosztami. Tym razem była pełna profeska, więc jak już pisałem na wstępie zgarnąłem co mi się spodobało najbardziej (o części kupionych płyt będę tu pisać w niedalekiej przyszłości).
Pierwszy na scenie pojawił się projekt Rogi, którego wokalistą, gitarzystą i perkusistą jest Bartłomiej Rogalewicz kojarzony chociażby z nieistniejącą już grupą NYIA. To mocno transowe granie, które na moje oko może się podobać fanom Neurosis, OM czy wszelakich zapętlonych stonerów/sludge łykających taki klimat bez popity. Było to całkiem ciekawe doświadczenie, ale nie do końca w moim klimacie, nie da się jednak ukryć, że taka estetyka jak najbardziej swoich zwolenników znajdzie, więc z pewnością z ciekawości posłucham kolejnych dokonań i zachwycę się stroną wizualną wydawnictw i koszulek, bo zrobiły na mnie duże wrażenie. Muzycznie natomiast bardziej porwał mnie plemienny Thy Worshiper, w twórczości którego black metal brata się z muzyką dawną w ciekawych proporcjach. Różnorodność instrumentalna i wokalna (zawodząca wokalistka i pan skrzeczący na czarną modłę) wkręciła mnie od pierwszych do ostatnich dźwięków. Skojarzyło mi się to z Alne i Non Opus Dei czy nawet Percivalem i podobnymi manifestującymi swoją pogańską naturę bandami. Wydaje mi się, że większość zgromadzonych czekała na kultowy Witchmaster, który od pierwszych dźwięków Antichristus ex Utero wysadzał z butów. Pod sceną zrobił się młyn, na scenie lała się siarka i nawet problemy techniczne nie zepsuły zajebistego gigu chłopaków, którzy serwowali najlepsze kawałki z całego swojego piekielnego dorobku. Thrash-black-punk tych starych załogantów musiał wymęczyć kilka karków na tyle, że po koncercie trochę ludu ubyło, więc mogę napisać, że niech żałują, że nie zostali. Furia to koncertowa machina wojenna, której kapitan Nihil dowodzi z wrodzoną wściekłością i artystycznym zacięciem. Nigdy nie był to prostej budowy black metal, każdy materiał jest nieco inaczej przyprawiony więc jestem pod wrażeniem, ze po krążkach tak znakomitych jak Martwa polska jesień, Grudzień za grudniem czy Marzannie, królowej Polski udało się chłopakom stworzyć tak bogaty i zmienny krążek jak Nocel. W naszej rodzimej scenie post black metalowej najlepsze jest to, że mimo dość hermetycznej formuły gatunku udaje się muzykom za każdym razem wytknąć nosa poza schematy, które prędzej czy później dotykają każdy gatunek, nawet ten z założenia awangardowy. Nie chodzi o wielkie rewolucje i kombinowanie ile wlezie, ale dodawanie indywidualnego pierwiastka, który sprawia, że obcowanie z twórczością THAW jest nieco inne od esperalowych opowieści Odrazy czy pachnących kopalniami wyziewów Furii. Sam koncert Nihila i spółki powalał surowym brzmieniem i przestrzenią tam gdzie jej zabraknąć nie powinno. Na "dzień dobry" przywalili Opętańcem, nie zabrakło chociażby Kosi ta śmierć czy Są to koła więc o rozczarowaniu nie mogło być mowy. Jedyne co drażniło (nie tylko mnie) przez cały koncert to oświetlenie, które atakowało tak zawzięcie, że momentami nie mogłem się skupić na tym co działo się na scenie. To jedyny mankament gigu, którego olsztyńska publika od dawna potrzebowała w Anderze. Także kłaniam się w pas Maćkowi Mińczykowskiemu za organizację trasy, która jest moim skromnym zdaniem jedną z lepszych klubowych jaka przetacza się przez nasz padół łez w tym roku. Są to koncerty. Które każdy szanujący się fan muzycznej ekstremy powinien zaliczyć nawet jeśli nie są blisko rodzinnego miasta. Ode mnie tyle, czekam na kolejne odsłony tego typu występów.
Są to płyty.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz